|
Antropologiczne obserwacje rzeczywistości
wtorek, 26 lipca 2011
Chwilowo jestem dostępny pod adresem http://grzegorzpiotrowski.orangespace.pl/ gdzie opisuję swoje przygody z nowym telefonem komórkowym. Poza tym obroniłem się i niebawem zmienię tytuł bloga na 'doktor'. Zatem: odwiedzajcie mojego bloga na http://grzegorzpiotrowski.orangespace.pl/ być może uda mi się dzięki temu coś nawet wygrać :)
środa, 20 października 2010
W zasadzie o samym Duce wiele dzisiaj nie będzie, chociaż chodzi mi po głowie wpis analizujący powierzchownie uwielbienie dla Mussoliniego w dzisiejszych Włoszech oraz 'żywotność' ideologii faszystowskiej dzisiaj. W zamian za to, chciałbym się podzielić zdjęciem, jakie dzisiaj zrobiłem czekając na autobus. Z pewnością takie ułożenie jest dziełem przypadku, ale jakże zabawnego przypadku...
wtorek, 19 października 2010
Znalazłem coś takiego ostatnio w sieci. Widać, w Poznaniu słońce świeci nawet trochę po północy, co wydaje mi się ewenementem meteorologicznym.
sobota, 16 października 2010
W dzisejszych czasach, gdy wygląd zdaje się mieć bardzo duże znaczenie w naszym życiu i dla naszego postępowania, kwestia diety wysuwa się na pierwszy plan. Jest to poniekąd spowodowane przez pojawiające się z zadziwiającą częstotliwością artykuły o tym, że szczupli częściej znajdują pracę, więcej zarabiają, mają więcej partnerów seksualnych etc. Zaskakująco pokrywa się to z ideałami piękna prezentowanymi w sferze wizualnej: płaskie (ew. umięśnione) brzuchy, szczupłe ręce, smukłe nogi... Że nie wspomnieć o modelkach, które byle podmuch wiatru może przewrócić, a od tyłu często mają figurę jak dorastający chłopcy. Wszystko to (podrasowane do granic przyzwoitości w Photoshopie) sprawia, że coraz więcej osób zaczyna mieć obsesję na punkcie swojego wyglądu. To, że zaczynają oni chodzić na siłownię, to jeszcze pół biedy - większości wyjdzie to na zdrowie. Gorzej, że sporej części osób nie chce się machać kończynami i skakać i wybierają (czasem jako zastępstwo, czasem jako uzupełnienie) diety. I o tym w zasadzie chciałem napisać. Zgadzam się z poglądem, że należy zastanowić się nad tym, co wkładamy na talerz. Zdecydowanie. Jedzenie to ważna czynność, nie tylko dlatego, że dostarcza nam składników odżywczych, ale też dlatego, że sprawia sporo przyjemności. Problem w tym, że dzisiejsza kultura doprowadza wszystko do ekstremum. Ostatnio przeczytałem o diecie paleolitycznej, która ma być remedium na skomplikowanie dzisiejszego świata. Sprowadza się ona do tego, że mamy jeść tak jak jaskiniowcy. Czyli: surowe warzywa i owoce, ale tylko w sezonie a do tego surowe mięso i ryby. Żadnych zbóż (i pochodnych), żadnego mleka. Jajka ewentualnie, ale te zapewne trzeba podprowadzić samemu jakiemuś ptaszydłu. Problem może być ewentualnie z mamutami, ale być może wycieczka na Syberię jakoś to rozwiąże (jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdowano na Syberii zamrożone na kość mamuty). Ciekawe tylko, czy ludzie stosujący tę dietę zastanowili się, ile wynosiła średnia długość życia w czasach paleolitu i czy przypadkiem niedożywienie wywołane ówczesną dietą nie przyczyniało się do tego.... Takich przykładów jest sporo, z polskiego podwórka pamiętam dietę Kwaśniewskiego (ponoć jakiegoś lekarza) opierającą się na kapuśniaku. Nie dość, że mogła ona być uciążliwa dla domowników i sąsiadów, narażonych na kapuściane opary 24/7, to ile można jeść kapuśniak??? Albo dieta 'kolorowa' - wymyślona na rzecz powieści, bodajże przez Davida Lodge'a, bardziej jako żart - polegająca na jedzeniu potraw w jednym tylko kolorze. Parę lat później okazała się hitem Hollywood. Pojawili się nawet 'trenerzy' dobierający kolor potraw do potrzeb klientów (kiepsko, jakby się komuś trafił biały albo czarny, z fioletowym też nie widzę przyszłości specjalnie...). Pokazuje to, że można dzisiaj sprzedać wszystko i wcisnąć każdy kit. Jak do tej pory najlepsza dieta, to dieta NŻT (Nie Żryj Tyle), połączona z wysiłkiem fizycznym (niekoniecznie na siłowni i niekoniecznie ekstremalnym, ale ruszenie czterech liter od czasu do czasu jeszcze nikogo nie zabiło). I nie zawracanie sobie przesadnie głowy wizerunkami zagłodzonych modelek, dodatkowo poprawionych w Photoshopie. Ciekawe czy wy znacie jakieś równie absurdalne diety? Propozycję proszę wpisywać w komentarzach.
niedziela, 10 października 2010
Segritta opisuje TUTAJ swoje odczucia na temat akcji, jaka rozwinęła się na facebooku, a która miała (ma?) na celu 'zwiększenie świadomości o walce z rakiem piersi'. Podobna akcja miała miejsce rok temu, kiedy to sporo dziewczyn wrzucało na FB kolor swojego stanika jako opis (więc pojawiały się tylko opisy jak: czarny, różowy, w panterkę etc.). Nie wiem, co miało to komu uświadomić, ale sporo osób o tym mówiło więc częściowo akcja się powiodła. Tegoroczna edycja wymagała, żeby dziewczyny wpisywały na FB miejsce, w którym lubią zostawiać swoje torebki. Pojawiły się więc wpisy w stylu: 'na stole w kuchni', 'w szafie', 'na podłodze'. Miało to oczywiście mieć seksualny podtekst związany z ulubionymi pozycjami. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, jak miało by to pomóc w walce z rakiem piersi. Co więcej, pokazuje to jedynie, że w zasadzie wszystko da się dzisiaj sprzedać za pomocą seksu, nieważne czy to ma jakiś sens, czy nie. Ponieważ staje się to irytujące, wymyśleliśmy z kolegą, żeby promować walkę z rakiem prostaty za pomocą statusów na Facebook'u dwuznacznie opisujących nasze psy. U mnie wyglądało by to mniej więcej tak: gruby, czarny i leniwy :)
środa, 06 października 2010
Ostatnio widziałem parę dzieci z kolczykami w uszach. Niektóre były naprawdę całkiem małe, wręcz ledwo chodziły (w znaczeniu, że się uczyły chodzić). I tak się zacząłem zastanawiać, dlaczego na przekłuwanie uszu u dzieci (w zasadzie tylko dziewczynek) jest takie przyzwolenie? Pomijam kwestie zdrowotne, ale co takiego estetycznego jest w przekłutych uszach u rocznego dziecka? I tylko uszach, usiłowałem sobie wyobrazić, co by było, jakbym swojemu (hipotetycznemu) dziecku przekłuł brew? Albo wargę czy nos? Albo zrobił tatuaż ew. tulejki w uszach? To w końcu całkiem popularne i powszechne modyfikacje ciała, a przynajmniej robiące się coraz bardziej powszechne, wystarczy się rozejrzeć dookoła po ludziach mijających nas na ulicach. A jednak, gdybym to zrobił swojemu - hipotetycznemu - dziecku, to by na mnie zaczęli psy wieszać...
sobota, 02 października 2010
Czasem ręce opadają jak się znajdzie twórczość rodaków w sieci, wystarczy rzut oka na poniższy przypadek:
sobota, 11 września 2010
Odwołując się do najlepszych tradycji antropologii wizualnej oraz do hasła, że aparat to (jeden z) najlepszy przyjaciel antropologa, przedstawiam Fotorelację wraz z opisem zdjęć. Zdjęcia pomagają uchwycić często to, co trudno opisać słowami, swego rodzaju atmosferę (którą opisywali podczas swoich 'dryfowań' sytuacjoniści). Zapraszam zatem:
środa, 08 września 2010
Zygmunt Bauman napisał, że przemieszczanie się ludzi może być interpretowane na dwa sposoby. Pierwszy jest pożądany: to turysta. Korzystający ze swobody do podróżowania, zwiedzający, zostawiający pieniądze, synonim współczesnego obywatela świata. Na drugim biegunie są włóczędzy, ludzie zmuszeni przez sytuację polityczną czy ekonomiczną do opuszczenia swoich domów. Oni są z kolei elementem niepożądanym w krajach do których wyjeżdżają, im się utrudnia podróżowanie za pomocą np. wiz czy innych ograniczeń. Bo oni nie zjawiają się tylko na chwilę i nie wracają potem do swoich krajów. Oni chcą zostawać na dłużej. W Albanii te tendencje ujawniły się podczas naszej podróży, ale z pojawiły się też zupełnie przeciwstawne. Po kolei jednak. Po Albanii nie jeździ zbyt dużo turystów, to nie Włochy, nie byliśmy oczywiście jedynymi turystami, ale tłumów dookoła nie było. Główne ze względu na brak infrastruktury. Byliśmy tylko w jednym porządnym hotelu, ale jego cena wynosiła 65€ (z rachunkiem i płatne kartą, gotówką wyszło 50€), nad morzem zaproponowano nam szopę (blisko kamienistej plaży) za 45€ za noc (to też miała być jakaś dobra oferta). A nasz 'bungalow' to była naprawdę szopa, z drewnianymi ścianami, dachem krytym eternitem i małym okienkiem. Oraz z łazienką. Nie było za to ani klimy, ani wentylatorka i trzeba było spać przy otwartym oknie więc słychać było wpierw hałasy z restauracji, a później jazgot z baru na plaży (w Albanii w ogóle jest głośno, w rozklekotanym autobusie wszystko łomocze i skrzypi, do tego radio jest zawsze nastawione na maksymalną głośność, wszędzie są radia a po domach telewizory, też nastawione głośno). Podobnie jest ze znajomością języków obcych w knajpach, menu w innych językach, brak przewodników turystycznych. Poniekąd też brak atrakcji, a w zasadzie brak umiejętnego ich wyeksponowania. Prowadzi to do kolejnej obserwacji, którą poczyniłem w Albanii: sporej części ludzi, którą tam spotkaliśmy, wcale coś takiego nie przeszkadza, nie widać zwiększonego ciśnienia wśród Albańczyków, żeby swój kraj modernizować, uatrakcyjnić, stworzyć go bardziej dostępnym. Nie widać też specjalnie, aby chcieli go opuścić. Ci, z którymi rozmawialiśmy, byli całkiem zadowoleni ze swojego życia i swojej pozycji i nie chcieli na przykład emigrować, nie byli nawet specjalnie ciekawi, co się dzieje poza ich krajem. Natomiast większość z ludzi, którzy byli już za granicą (a jest to całkiem spora diaspora, szczególnie we Włoszech) idealizowała swój kraj i chciała do niego wrócić. Choć oczywiście w nieokreślonej przyszłości. Jednak to zadowolenie z obecnego stanu powoduje, że brakuje w Albanii tendencji modernizacyjnych, szczególnie na poziomie społeczności czy narodu - Albańczycy wydają się znacznie bardziej zatomizowani i zogniskowani na swoich sprawach niż jakikolwiek inny naród w Europie Środkowowschodniej jaki znam. Być może dlatego czuliśmy się tam bardziej obco niż podczas jakiejkolwiek innej podróży do tej pory. Ciąg dalszy wkrótce.
sobota, 21 sierpnia 2010
Literatura podróżnicza jest nieodzownym elementem antropologii. Co prawda jeden z nestorów tej dyscypliny, Claude Levi-Strauss mawiał, że nienawidzi podróżować i w zasadzie w ogóle ruszać się z domu, ale praktyka podpowiada coś innego. Antropologia łączy się z podróżami, jak nic innego. W związku z moimi ostatnimi podróżami na Bałkany (i dalekie Bałkany, bo aż do Turcji) postanowiłem nawiązać do tej tradycji. Od mojej podróży do Albanii już co prawda trochę minęło, ale może i to dobrze. Przed rozpoczęciem pisania tego tekstu zatanawiałem się, co jest lepsze, spisywanie wrażeń z podróży 'na gorąco', czy też bardziej tradycyjnie - prowadzenie notatek terenowych a następnie ich chłodne opracowanie i analiza później. Z moimi notatkami z Albanii jest podobnie, jak je teraz przeglądam (już na chłodno), widzę, ile emocji wywołała ta wycieczka. Podróże są nierozerwalnie związane z emocjami, przeżywanie emocji jest to część doświadczenia podróżniczego. Emocje są ważnym elementem poznawczym jeśli chodzi o doświadczenie podróży, na równi z na przykład zmysłami. Dla mnie jedną z podstawowywch emocji związanych z Albanią była irytacja, niemal na równi z rozbrajającym smutkiem. Zirytować człowieka może w Albanii wszystko, zwłaszcza, że ja zjawiłem się w Tiranie wprost z Goteborga, więc dla mnie szok kulturowy był jeszcze większy. Przylot do Tirany skojarzył mi się z jednym fragmentem z "Imperium" Kapuścińskiego: jak się kraje rozwijają, to się nie rozwijają równomiernie. Wpierw pojawiają się nowoczesne dworce i lotniska, potem drogi do nich, a dopiero w dalszej kolejności reszta infrastruktury. Podobnie jest w Albanii. Lotnisko im. Matki Teresy (sporo miejsc jest zresztą imienia Matki Teresy), jest na wskroś nowoczesnym portem lotniczym, całkiem nawet miłym. Niestety jak już się wyjedzie z rejonu lotniska, ujawnia się nędza i chaos panujący w tym kraju. Podobnie cechą charakterystyczną dla młodych demokracji albo dla krajów, które niedawno przeszły transformację ustrojową jest też spora stratyfikacja społeczna. W Albanii można zobaczyć fragmenty niesamowitej biedym a tuż za rogiem najnowszy model Porshe czy innego super-luksusowego samochodu. Dla Albańczyków transformacja przebiegała też trochę inaczej niż dla krajów Europy Środkowowschodniej, przede wszystkim inny był tam model komunizmu. W Albanii była zwyczajna dyktatura Enwera Hodży, która trwała niemal 10 lat po jego śmierci w 1985 roku (co ciekawe Enwer to dawny tytuł używany w Imperium Osmańskim dla mędrca lub osoby znającej się na Koranie). Dość powiedzieć, że pochowano go w piramidzie w centrum Tirany, z którego wyrzucono jego zwłoki przeniesiono w 1992 roku. W Albanii dyktatura była też mocno paranoiczna (jak zresztą większość dyktatur), na wielu płaszczyznach. Panował zakaz posiadania prywatnych samochodów, panował kult wodza podobny do kultu Stalina w ZSRR. Ponadto każdy dorosły mężczyzna po przeszkoleniu wojskowym (2 lata w armii, 4 w marynarce wojennej), był osobiście odpowiedzialny za bunkier. Albanię nazywa się czasem krajem bunkrów, bo ich liczba idzie w miliony (ok. miliona w zasadzie, ale to teraz ciężko powiedzieć), sporo z nich była małymi bunkrami, na jednego żołnierza, z dwoma otworami: jednym do obserwowania bunkra z dowództwem (te były obsadzone cały czas) co eliminowało konieczność utrzymywania systemów łączności, a także z drugim, przez który strzelano do wroga. W pewnym momencie zacząłem się zastanwiać, jak zareagowała by albańska doktryna wojskowa na to, gdyby wróg nadszedł z innej strony. A mógł w zasadzie nadejść z każdej strony, bo Albania prowadziła mocno izolacjonistyczną politykę. W każdym razie podczas pierwszych wyborów demokratycznych w 1992 roku i tak wygrała partia komunistyczna. Prawdziwe problemy pojawiły się w 1997 roku, kiedy zawalił się system piramid oszczędnościowych, do korzystania z których zachęcały obywateli władze. Zaczęły się rozruchy, a po rozruchach coś na kształt wojny domowej z niewyraźnie zarysowanymi liniami frontu. Każdy strzelał do każdego, a mieli z czego, ponieważ podczas rozruchów rozszabrowano magazyny z bronią. Do dzisiaj nie mogą się doliczyć około 500 tys. sztuk kałasznikowów. Wypada po jednym na rodzinę. W związku z tym wchodzenie w dyskusje z Albańczykami... Kolejne odcinki już wkrótce. *DDT nie odnosi się bynajmniej do popularnego, aczkolwiek szkodliwego środka chemicznego, jest to nawiązanie do trasy naszej wycieczki, obejmującej Durres, Dhermi i Tiranę.
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Niedawno The Guardian opublikował ARTYKUŁ na podstawie badań psychologicznych, którego pointą jest fakt, że 3 miliony Włochów będzie udawać w tym roku, że pojechało na wakacje. Ze względu na kryzys ekonomiczny część włoskich rodzin nie będzie stać w tym roku na wyjazd na wakacje, jednak pozostanie w domu wiązało by się z utratą twarzy (zwłaszcza jeśli sąsiedzi/koledzy i koleżanki z pracy gdzieś wyjeżdżają). W związku z tym ci włosi siedzą po cichu po domach, przy zasuniętych żaluzjach i udają, że są na wakacjach. Część z nich kupuje nawet specjalnie lampy UV, żeby móc pochwalić się 'autentyczną opalenizną z....'. Jest to na tyle powszechna praktyka, że w 2008 roku nakręcono na ten temat komedię, Mari del Sud, gdzie rodzina, której nie udaje się wyjechać na wakacje, spędza dwa tygodnie w piwnicy, chowając się przed sąsiadami i znajomymi. Tyle teoria. Ponieważ jak wróciliśmy z Neapolu, znaleźliśmy w drzwiach naszego mieszkania karteczkę od jego właścicieli (a zarazem sąsiadów przez ścianę) z informacją, że wyjechali oni do Londynu i że wracają 7go. I że jakbyśmy się nie widzieli, to czynsz możemy zostawić w skrzynce na listy i w ogóle miłych wakacji. Problem w tym, że już następnego dnia z ich mieszkania zaczęły dobiegać różne szmery, stukot szpilek, brzdęk talerzy. A po godzinie lub więcej, także odgłosy dosyć konkretnej awantury. Zdecydowanie zbyt głośnej, jak na parę, która powinna być właśnie w Londynie. A wszystko przy zamkniętych okiennicach.... Co więcej, para ta zaczęła publikować ciekawe linki z różnych miejsc w Londynie: z Tate Gallery, z jakiegoś pchlego targu etc. Ale wciąż oficjalnie byli w Londynie i wciąż żaluzje były opuszczone (swoją drogą, to musiało być strasznie ciemno u nich w chacie). Następnego dnia pojawiły się ręczniki schnące na balkonie (potem zniknęły) i usłyszeliśmy kolejną kłótnię zza ściany (ciekawe, czy oni są świadomi tak dobrej akustyki....?). Dzisiaj jednak żaluzje odsłonili, więc już chyba oficjalnie wrócili z Londynu wcześniej. Kluczem do zrozumienia takiego postępowania, jest kategoria 'la bella figura', pierwszeństwo pozorów przed esencją zachowania czy relacji społecznej. Tłumaczy to też poniekąd niezwykłe przywiązanie Włochów do wyglądu zewnętrznego, który staje się wyznacznikiem ich statusu społecznego i determinuje ich relacje z otoczeniem. Nieważne, że coś jest niepraktyczne (jak okulary przeciwsłoneczne po zmierzchu) czy niewygodne (jak niezwykle ciasne i opinające spodnie). Liczy się efekt, 'la bella figura'. Podobnie jest zresztą (po części) z moim samochodem. Ma chyba najładniejsze lusterka wsteczne, jakie widziałem, ładnie podcięte, zaokrąglone, po prostu bellisime. Mało tylko w nich widać, ale to już schodzi na drugi plan, ma być ładnie, ma być stylowo, ma robić wrażenie. Ma być bella figura.
niedziela, 11 lipca 2010
Lecę niebawem Ryanair'em i dostałem maila dot. przewozu bagażu podręcznego. Jeden z pierwszych akapitów maila mówi: "Dozwolona jest tylko jedna sztuka bagażu podręcznego (oprócz Zastanawiam się, od kiedy niemowlęta są klasyfikowane jako bagaż podręczny :D Chociaż może to i dobrze, że nie trzeba ich nadawać przy odprawie i że nie podróżują w luku :)
sobota, 26 czerwca 2010
Kiedyś pisałem o irytującym zjawisku 'upgrage' które polegało na tym, że różnego rodzaju aplikacje aktualizowały się automatycznie, niejednokrotnie wymuszając restart systemu. U mnie automatycznie zaktualizował się Firefox i od tego czasu nie da się go używać. Największy problem ma z obsługą plików flash i zwyczajnie się zawiesza. Już poprzednia wersja, 3.6.3 była mało stabilna i miała problemy z normalnym zamykaniem okna (pojawiał się komunikat o błędzie), ale ta ostatnia to już zwyczajne przegięcie. Otwieram filmik na YouTube, potem chcę go przełączyć na inny i BAM. Koniec, zero reakcji, trzeba ręcznie zakończyć proces. Podobnie z innymi stronami z wtyczkami flash (a tych chyba już jest większość w sieci). Chyba przerzucę się na Chrome i tyle....
czwartek, 24 czerwca 2010
Jakiś czas temu dwóch alterglobalistycznych aktywistów-jajcarzy, Andy Bichlbaum i Mike Bonnano, znani bardziej jako The Yes Men wystąpiło na kolejnej konferencji w stylu WTO czy jakiejś innej organizacji związanej z neoliberalnym kapitalizmem. Ich ideą jest wkręcanie się na tego typu konferencje a potem prezentowanie absurdalnych tekstów. Bywa to mniej lub bardziej śmieszne, ale sedno tkwi w ukazywaniu absurdów logoki i myślenia neoliberałów. Wracając do wspomnianego wystąpienia, Yes Meni na rzeczonej konferencji zaproponowali wprowadzenie ogólnoświatowego zakazu siesty, tłumacząc to przewidywanymi zyskami i oszczędnościami. Ponieważ występienie było podlane neoliberalną nowomową, zostało przyjęte z entuzjazmem i zrozumieniem (poza delegacjami z Hiszpanii i Włoch). Ale nie o krytyce neoliberalnego kapitalizmu chciałem napisać tylko o sieście. Nigdzie się do tej pory nie spotkałem z próbą wyjaśnienia pochodzenia tego fascynującego fenomenu. To prawda, w gorącym klimacie basenu Morza Śródziemnego pomaga ona przetrwać największy upał rozbijając dzień na mniejsze cząstki. Pozwala też zjeść obiad w spokoju i najczęściej z najbliższymi. Ma też - szczególnie dla kogoś kto, jak ja, był wychowywany w kulturze z północy Europy - swoje skutki uboczne. Po pierwsze, należy zawsze pamiętać od kiedy do kiedy jest co otwarte, czy bank jest otwarty do 12:30 czy do 13:30 i czy w ogóle jest otwarty (czasem niektóre sklepy czy urzędy są zamknięte przed siestą czy po niej). Ponadto, zwiększa to częstotliwość występowania korków ulicznych w mieście. Na ulicach jest tłoczno rano, gdy wszyscy jadą do pracy, w okolicy południa, gdy część spieszy do domu na obiad, godzinę później, gdy wszyscy już zjedli i wracają do pracy i późnym popołudniem/wieczorem, gdy kończą pracę. Dlatego też Włosi (i ludzie mieszkający we Włoszech) spędzają w korkach znacznie więcej czasu niż inne nacje. Przykład siesty pokazuje, jak silny jest wpływ tradycji na życie codzienne. Dzisiaj, gdy większość miejsc jest klimatyzowana (sklepy, biura, autobusy miejskie, mieszkania, urzędy, samochody etc.), racjonalne uzasadnienie dla sjesty traci rację bytu. Ponadto, wraz z ujednolicaniem się europejskiego rynku pracy (poprzez ekspansję międzynarodowych koncernów na przykład) powoduje to, że narody korzystające z siesty trochę 'odstają'. Chociaż z drugiej strony właśnie jestem po całkiem obfitym lunchu i z dziką przyjemnością walnął bym się na jakąś kanapę na pół godzinki.....
sobota, 19 czerwca 2010
Na podstawie własnego - stety niestety - doświadczenia oraz zainspirowany dzisiejszym porankiem, pokuszę się dzisiaj o stworzenie typologii walki z 'syndromem dnia następnego'. - najskuteczniejszą metodą według mnie to metoda 3xC (CCC) = Cisza, Ciemność, Cierpliwość. Najlepiej po prostu ten nieprzyjemny stan przeczekać, w wyrku, ze spuszczonymi żaluzjami, z poduszką na głowie. W zależności od godziny zakończenia imprezy / picia, pobudka nie powinna nastąpić przed 13 (a najlepiej w okolicach teleexpresu). - włoską metodą jest podwójne espresso, ze sporą ilością cukru i ćwiartką cytryny z boku, którą się wciska do środka. Daje to solidny zastrzyk cukrów, kofeiny i witaminy C. Skutki uboczne mogą wystąpić, jeśli na skutek przegięć poprzedniego wieczora mamy z lekka rozregulowany żołądek. Poza tym duże prawdopodobieństwo wystąpienia zgagi. - sposób wyspiarski: porządne śniadanie. Może brytyjski fry-up (z kaszanką, bekonem, jajkami, fasolką i niewiadomo czym tam jeszcze) to lekka przesada, ale porządne jedzonko potrafi zdziałać cuda. Zaskakująco dobrze robi jedzenie z McDonalda - tłuste (wyściela żołądek) i tak przerobione że w zasadzie w połowie strawione przyjmuje się łatwo, a daje sporą ilość kalorii. Skutki uboczne jak powyżej. - sposób zza wschodniej granicy: ponoć czym się trułeś tym się lecz, więc jakiś klin może być rozwiązaniem. Raz mi się zdarzyło wypić piwo na śniadanie i faktycznie ustabilizowało mnie to z lekka. Trzeba tylko przełamać opór przed przyjęciem kolejnej dawki alkoholu. Kiedyś słyszałem o rosyjskim sposobie na przełamanie tego wstrętu zwanym 'lokomotywką'. Tak jak lokomotywa ciągnie wagony, tak musimy oszukać nasz organizm i potajemnie wprowadzić wódkę do środka. Nabieramy pełne usta jakiegoś napoju typu fanta, sprite (kwaskowe ponoć lepsze) po czym przykładamy do ust kieliszek z setką wódki. I zaczynamy pić. W chwili gdy nasz organizm zorientuje się, że pijemy nie tego sprite'a tylko wódkę, jest ona już w środku i zaczyna nas stabilizować. Jest to jednak sposób dla wybitnych twardzieli i należy próbować go na własne ryzyko. A przede wszystkim spore ilości wody: z pół butelki przed walnięciem się do łóżka, a butelkę zostawiamy na nocnym stoliku. Przyda się rano.
czwartek, 17 czerwca 2010
Jest taka strona, www.funnyengrish.com, jedna z moich ulubionych, są tam przykłady różnych kiksów językowych z różnych miejsc świata, głównie po angielsku (a w zasadzie wyłącznie). Angielski to trudny język, co widać po przykładzie mojej uczelni, która coś chciała nam chyba zakomunikować w stołówce:
Druga fotka zrobiona w niedzielę, oto najnowsza super-oferta florenckich muzeów: darmowy bilet za cztery euro. Normalnie okazja, jakich mało...
piątek, 11 czerwca 2010
Dostałem mailem, więc postanowiłem wrzucić na bloga, deadline na podsyłanie konspektów mija 15 lipca, ale chyba warto się pospieszyć. Call for papers
Beyond Essentialisms: Challenges of Anthropology in the 21st Century
International Conference on the Occasion of the 70th Anniversary of the Department of Ethnology and Cultural Anthropology, Faculty of Arts, University of Ljubljana
Ljubljana, Slovenia, 25 to 28 November 2010
Since the Department of Ethnology and Cultural Anthropology was established in Ljubljana seventy years ago, it has gradually developed into an important regional centre. In the mid 20th century the idea of studying “folk culture” in the “civilised world” and the “cultures of primitive peoples” around the world, which was the focus of ethnology as understood by Vilko Novak, seemed plausible, especially because it incorporated studying peoples at home and abroad. Nobody questioned basic (essentialized) notions of peoples, society and culture. Methodological nationalism and cultural essentialism, derived from the undisputed idea of distinct, bounded and territorialized societies and cultures, represented seemingly unambiguous yet powerful paradigmatic and analytical tools for the early social sciences, which were also used as powerful political and ideological apparatuses for reproduction of nation states and their societies. At the beginning of the 21st century methodological nationalism and other forms of essentialism are becoming obsolete. Recent unprecedented transnational and cosmopolitan movements have challenged the perspectives derived in the past. The conference will stimulate discussions of manifold faces of essentialism, from criticism of methodological nationalism, culturalism and other forms of constructed collectivities, and will also search for alternatives in anthropology. We propose to explore essentialisms and their possible alternatives in complementary ‘vertical’ (temporal) and ‘horizontal’ (cause-and-effect) streams.
The conference will be divided into three streams (past, present, future), each consisting of three panels. The length and scope of nine panels depends on the number of submitted papers.
Past - The Legacy of Continental Ethnologies and Global Anthropologies This stream will examine the methodological, epistemological, historical, social, and political foundations of the discipline, which developed “intertwined” in studies of foreign and domestic peoples. Workshops: - The Development of Slovenian and European Ethnology and Social/Cultural Anthropology in the Light of National and (Post-)Colonial Projects - Social Memory and Heritage - Understanding Belief Narratives (fokloristics)
Present - Local Practices and Cosmopolitan Reflexivity Recent developments in the discipline have been influenced by increasingly important studies of transnational and global flows, modernity and hypermodernity, media and virtual worlds, institutions and organizations, urban and sub-urban sites, migrations and exchange, individual creativity and eco-centrism, etc. Despite continuous critical examination of the basic concepts and research strategies (such as culture, ethnography etc.), good old “classical” ethnography is still all around us. The conference participants will discuss the recent shifts and turns of the discipline, e.g. the spatial turn (space and place), the phenomenological shift (collective and individual practice and agency), etc. Deriving from the local, regional and global balance of power, special attention will be given to colonial and post-colonial, national and post-national aspects and criticisms. Workshops: - Cultures and World-Systems - Space and Locality in Cosmopolitan and Transnational Perspectives - Beyond Methodological Essentialism – Popular Research Strategies
Future - Technology, Ecology, Health We ask ourselves what are the meanings and purposes of anthropology. Derived from criticism and/or rejection of various forms of essentialism, the last part will radically question the limits of anthropological practice itself (in the public sphere, private enterprise, international relations, national policies, in academia, and beyond and beneath). In this context, the conference will not only critically examine the past and present situations, but will seek that crucial and still valuable knowledge which was ascertained in the past, while remaining relevant so that we can learn from it for the future. Workshops: - The Applicability of Useless Endeavours: The Practicability of Anthropology - Natures and Societies - Beyond Dualisms: Discourses on Body, Health and Illness.
Paper proposals and deadlines: Paper proposals should include the author’s name, institutional affiliations, title and an abstract of up to 300 words. Please send proposals by e-mail (eikaconference@ff.uni-lj.si) before 15 July 2010. All applicants will be notified by 30 September 2010. We anticipate the publication of selected papers. For additional information on the conference focus and themes and for any other queries visit internet site of the conference
czwartek, 10 czerwca 2010
To już drugi raz jak usiłuję wrzucić ten wpis, poprzedni się skasował, ponieważ nadal jest jakiś problem z wrzucaniem filmów z YouTube na bloxa. W każdym razie wpadł mi w oko poniższy klip. Ludzie odpowiedzialni za kampanię Grzegorza Napieralskiego zapowiadali 'mocne uderzenie' na koniec kampanii, i im się to udało. Po tym właśnie uderzeniu nie mogłem się pozbierać przez dobrą chwilę, prawie jak po starciu z zawodowym bokserem. Ten klip dla mnie jest symbolem nędzy formacji lewicowych w Polsce. Nie dość, że są one niewyraźne politycznie i ideologicznie (w kwestiach społecznych PiS wydaje mi się znacznie bardziej lewicowy niż SLD), to przegrywają także na polu walki o hegemonię kulturową, oddając większosć problemów bez żadnej próby zdobycia czegokolwiek prawicy. W dodatku SLD wydaje mi się, że strzeliło sobie w stopę wystawiając właśnie Napieralskiego w wyborach prezydenckich, przywódca z niego żadny, polityk także raczej średniego formatu, a w dodatku reklamuje się beznadziejnymi piosenkami (wpierw hip-hopolo i 'Napieralski je je je', teraz to...). Wszystko to razem powoduje, że chyba na wybory nie pójdę, i nie to że mi się nie chce i że mam lepsze rzeczy do roboty (chociaż to swoją drogą, nie uśmiecha mi się drałowanie 300km do Rzymu w jedną stronę tylko po to, żeby oddać głos, ponieważ żaden z rządzących nie ma na tyle rozumu w głowie, żeby umożliwić mi głosowanie przez przedstawiciela/pocztę/internet). Jak patrzę na nędzę wyzierającą z karty wyborczej, to mi się zwyczajnie odechciewa. Nie ma ani jednego kandydata, który by chociaż w niewielkim stopniu odpowiadał moim zapatrywaniom czy potrzebim. A głosowanie 'przeciwko komuś' czy 'wybieranie mniejszego zła' do mnie nie przemawia, jakbym miał głosować 'przeciwko komuś', to bym musiał skreślić całą tę menażerię na karcie do głosowania i mój głos byłby nieważny. I zrobił bym to, gdybym nie musiał jechać 300 km. w jedną stronę, aby tego dokonać.
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Jakiś czas temu ukazał się w Rzeczpospolitej (żeby nie było, że się czepiam jedynie artykułów w Wyborczej) artykuł o dramatyzującym tytule: Włochy – państwo hojne dla politykówArtykuł ten jest symptomatyczny z paru względów. Po pierwsze, jest to spojrzenie na Włochy i Włoską politykę oczami prawicowego komentatora, po drugie, uwypukla on jednak pewną specyfikę włoskiej klasy politycznej. Jak zwykle mój komentarz wytłuszczonym drukiem. Piotr Kowalczuk 02-06-2010, ostatnia aktualizacja 02-06-2010 02:32
Toni Negri, teoretyk i praktyk lewackiego terroryzmu, otrzymuje co miesiąc od państwa włoskiego, które chciał zniszczyć, ponad 3000 euro emerytury parlamentarnej Po pierwsze, Negri ma na imię Antonio, Toni to zdrobnienie, to trochę jakby pisać o kandydatach na urząd prezydenta RP per 'Bronek' i 'Jaruś'. Ale to mniej istotne. Co bardziej istotne, Negri nie wypowiadał się przeciwko państwu włoskiemu, a jedynie przeciwko państwu włoskiemu w takim kształcie, w jakim było po koniec lat 1970. i na początku 1980. To znaczy państwu, które nie rozliczyło się z faszystowską przeszłością i państwu, w którym tendencje radykalnie prawicowe coraz częściej dochodziły do głosu. To zasadnicza różnica. W związku z bolesnymi cięciami w sektorze publicznym (m. in. zamrożenie płac i zatrudnienia na dwa lata) Włosi uważnie przyglądają się zarobkom kasty urzędniczej i politycznej. Dziennik „Il Giornale” pochylił się nad emeryturami parlamentarnymi. Okazuje się, że byli posłowie, choćby pełnili swą funkcję przez jedną kadencję, lub nawet jej część w przypadku przyspieszonych wyborów, mogą liczyć do końca życia na ponad 3 tys. euro miesięcznie, a rekordziści aż na 10 tys. euro, co kosztuje budżet rocznie 220 mln euro. Normalny Włoch, by przejść na skromniejszą emeryturę, musi odprowadzać składki przez 35 lat. Tu leży sedno całego problemu. Podobnie jak w Grecji - a w mniejszym stopniu także i we Francji - sektor publiczny, a szczególnie ten związany ze sprawowaniem władzy, jest we Włoszech rozwinięty znacznie ponad miarę. Na Sycylii na przykład, we władzach lokalnych, jest więcej radnych, niż w całej Kalifornii. I nic nie zapowiada się, żeby miało się coś zmienić. Opinię publiczną szczególnie oburzył fakt, że Negri, choć pojawił się w Izbie Deputowanych tylko jeden jedyny raz w 1983 r., pobiera teraz za to co miesiąc 3108 euro. Pytanie pojawia się tylko, czy to wina Negriego, że przysługuje mu emerytura, czy też to wynik źle działającego systemu, który przyznaje ludziom bardo wysokie świadczenia? W 1969 r. założył lewacką organizację Potere Operaio, która przepoczwarzyła się w terrorystyczną Autonomia Operaia. Jej bojówki mają na koncie 174 ataki na osoby cywilne i 206 napadów na sklepy, poczty i banki. Negri został aresztowany w 1979 r. Cztery lata później na swoich listach wyborczych umieściła go Partia Radykalna, dzięki czemu został parlamentarzystą i wyszedł na wolność. Natychmiast zbiegł do Paryża (łodzią motorową Emmy Bonino, obecnej wiceprzewodniczącej Senatu, byłej komisarz UE), gdzie został wykładowcą uniwersyteckim i gwiazdą lewicowych salonów. Zaocznie został skazany na 17 lat więzienia. Wrócił do Włoch w 1997 r. i odsiedział sześć lat. Negri, filozof z wykształcenia, jest współautorem „Imperium”, tytułu uważanego za biblię antyglobalistów. Jest doradcą prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza. Były prezydent Włoch Francesco Cossiga nazwał go „psychopatą, który zatruł umysły całego pokolenia włoskiej młodzieży”. I tu dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnego fragmentu rzeczonego tekstu. Zacznijmy go więc rozbierać linijka po linijce, gdyż nie tylko jest on mocno skażony politycznymi uprzedzeniami autora, ale roi się w nim od nieścisłości. Po pierwsze, nie ma bezpośredniej ciągłości pomiędzy Potere Operaio a Autonomia Operaia (poza słowem Operaia w nazwie, które oznacza siłę). Potere Operaio zostało rozwiązane w 1973 roku, natomiast Autonomia Operaia powstała w 1976. Poza tym o ile PO było formacją robotniczą, o tyle AO wyznaczała trendy dla lewicy autonomicznej, bardziej skierowanej nie na walkę klas i walkę o prawa robotników, ale bardziej na zwalczanie hegemonii kulturowej (w rozumieniu Gramsci'ego) państwa. Dlatego też AO wywodzi się z ruchu wolnych rozgłośni radiowych (Radio Alice, Controradio etc.) i miała znacznie mniej powiązań z ruchem robotniczym. Owszem, część postaci przewijała się w obydwu ugrupowaniach, ale to jeszcze nie wszystko. Poza tym słowo 'przepoczwarzać się' nie bydzi raczej pozytywnych konotacji i wydaje mi się, że zostało przez autora umieszczone celowo. Więcej na temat obydwu ugrupowań tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Potere_Operaio tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Autonomia_Operaia i tu: http://www.przeglad-anarchistyczny.org/autonomia/1-walki-klasowe-we-wloszech-68-73 Po drugie, aresztowanie Negri'ego to sprawa trochę bardziej skomplikowana. Negri został aresztowany w 1979 roku, ale został oczyszczony z zarzutów o planowanie porwania i zabójstwa Aldo Moro (czego dokonały Czerwone Brygady): "We wczesnych latach 80. XX wieku został oskarżony o zaplanowanie w maju 1978 zabójstwa Aldo Moro, przywódcy Chrześcijańskiej Demokracji. Został jednak oczyszczony z wszelkich zarzutów, także powiązań z Czerwonymi Brygadami, których członkowie porwali Moro." (http://pl.wikipedia.org/wiki/Antonio_Negri). Zaoczny wyrok, to konsekwencja późniejszego dochodzenia: "Potem jednakże został skazany na długoletnie więzienie pod kontrowersyjnym zarzutem "antypaństwowych powiązań i działań"." (wiki, tamże). Ponadto, Negri (który faktycznie został zwolniony z ARESZTU po otzrymaniu immunitetu poselskiego w 1983) zwiał do Francji, czy motorówką należącą do Emmy Bonino, ciężko powiedzieć - na ten temat nie znalazłem informacji. Jednak wyrok, jaki Negri otrzymał, wynosił 30 lat, a nie 17, który potem został zmniejszony do lat 13 (po ugodzie z sądem, co zaowocowało powrotem Negri'ego do Włoch). W rezultacie Negri spędził w więzieniu 6 lat, od 1997 do 2003 roku. Wszystko to jest do sprawdzenia chociażby tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Antonio_Negri Po trzecie, Negri jest filozofem nie tylko z wykształcenia, ale także z zawodu, wykłada obecnie na uniwersytetach w Padwie, Wenecji i Rzymie. Wykładał też na Université de Paris VIII (Saint Denis) i Collège International de Philosophie, założonym przez Jacques'a Derridę. Jest nie tylko współautorem Imperium, ale taże Multitude (2004) i Commonwealth (2009) a także wielu innych prac. Po czwarte, Imperium jest czymś więcej niż 'biblią antyglobalistów', które to wyrażenie wydaje się dyskredytować tę pracę. Pomijam już fakt, że ruch krytyczny wobec neoliberalnej ekonomii zwykło się w języku polskim nazywać 'alterglobalistycznym' podążając za zmianą nazwy wprowadzoną przez samych aktywistów. Imperium wywołało poważny wstrząs na uczelniach całego świata (a także i wiele kontrowersji), niemniej jednak jest uważane za porządną, naukową pracę, a nie za biblię jakiegoś ruchu. Jest to oczywiście praca mocno lewicowa (chyba tylko w Polsce większość akademików jest prawicowa, zazwyczaj na świecie nikogo nie dziwi, że naukowcy mają lewicowe poglądy), tym niemniej spełnia standardy naukowej debaty. W Polsce bardziej niż owe standary liczy się jednak bardziej polityczna orientacja autora. I na koniec: to że Negri jest doradcą Chaveza nie znajduje potwierdzenia w kwerendzie internetowej (chociaż nie wykluczam, że tak jest). Jest to jednak tak błacha informacja jak wspominanie przy okazji 5-linijkowego biogramu Tuska, że jest on odznaczony medalem Słońca Peru. A to, że Cossiga nazwał go 'psychopatą' nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę partyjną przynależność byłego prezydenta włoch (chadecja). W kontekście emerytury Negriego media informują, że na rozpisany w Mediolanie konkurs na 50 nauczycieli szkół podstawowych i przedszkoli za 20 tys. euro rocznie brutto przyjechało z całych Włoch aż 6 tys. chętnych z wyższym wykształceniem. Oznacza to, że zwycięzcy za ciężką pracę otrzymywać będą co miesiąc na rękę ponad trzy razy mniej niż terrorysta za jedno popołudnie w Izbie Deputowanych. Uczestnicy konkursu w Mediolanie to w przytłaczającej większości młodzi ludzie, którzy mówią o sobie „pokolenie 1000 euro”. Chodzi o 4 miliony Włochów w wieku 20 – 35 lat, którzy mimo starań nie mogą znaleźć stałej pracy. Jak mówią, „1000 euro to za dużo, by umrzeć, ale za mało, by żyć”. Z całym szacunkiem dla autora tego artykułu, ale jest to argument na poziomie PRLowskiej propagandy mówiącej, że 'a w Ameryce to biją Murzynów'. Poza tym, to nie wina 'lewicowego terrorysty', że dostaje emeryturę, która mu się należy, ani tym bardziej nie jest jego winą, że tak wielu młodych ludzi we Włoszech nie ma pracy. Co jest istotnie poważnym problemem społecznym i o 'pokoleniu 1000 euro' mówi się we Włoszech bez ustanku. Ze 150 tys. absolwentów wyższych uczelni blisko połowa nawet po upływie trzech lat od skończenia studiów pracuje dorywczo. Ojcami „milleurystów” są kolejne włoskie rządy, które od połowy lat 90. w ramach walki z bezrobociem liberalizowały prawo pracy, zezwalając na elastyczne formy zatrudnienia. Bezrobocie spadło, ale tylko dlatego, że pracodawcy mogą teraz zatrudniać młodych ludzi na bardzo krótkie umowy za grosze albo na staże (średnio za 450 euro miesięcznie), by po ich upływie wręczyć wymówienie i zatrudnić innych chętnych. To kolejny włoski problem, będący wynikiem neoliberalnych zmian we włoskim prawodastwie i na włoskim rynku pracy, jednakże, jeśli sporzeć na włoskie rządy od połowy lat 1990tych, widać, że jest to wspólna wina prawicy i lewicy (vide tabela - Prodi, D'Alema i Amato to politycy lewicowi, reszta związana jest z prawicą). I to jest prawdziwa tragedia tego kraju: brak jakiejkolwiek perspektywy zmiany.
czwartek, 03 czerwca 2010
Ostatnio dowiedziałem się, że doktoranci podejmujący studia na mojej uczelni dostają do podpisania taką oto 'lojalkę'. Nie wiem tylko, czy uzyskanie grantu jest uzależnione od podpisania owej lojalki czy nie, ale sprawa mocno wzburzyła środowisko doktorantów na mojej uczelni. Nieważne zresztą, i tak żadne tego typu zobowiązania nie mają mocy prawnej (są sprzeczne z unijnymi zasadami o swobodzie miejsca do mieszkania i pracy, a także swobodnego przepływu ludzi i usług). Dziwi mnie jednak co innego, że polskie władze nadal myślą o nauce w kategoriach narodowych, zupełnie ignorując koncepcje 'akademickiego nomadyzmu', i starają się za wszelką cenę ściągnąć ludzi z doktoratami do Polski nie za pomocą atrakcyjnych ofert (wystarczyło by nam podsyłać biuletyn Fundacji Nauki Polskiej, w szczególności informacje związane z programem Powroty, podejrzewam, że sporo osób by się skusiło) ale za pomocą 'lojalek'. Jest to absurd, tym bardziej, że to, że po doktoracie we Florencji możemy podjąć pracę jeszcze gdzie indziej, wcale nie oznacza, że przestajemy być polskimi naukowcami, albo że nasze badania przestają być wartościowe dla kraju. Jeden z członków mojego jury, prof. Grzegorz Ekiert, pracuje na Harvard University od wielu lat, ale mimo wszytsko nadal jest uważany za polskiego naukowca i jest jednym z czołowych autorytetów jeśli chodzi o problematykę transformacji ustrojowej i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. I nikt go nie zmuszał do powrotu do Polski (na czym zapewne nieźle wyszedł...). Jak widać próby do wyrównania poziomu polskiej nauki z poziomem światowym nie polegają jedynie na zwiększaniu nakładów na badania i szkolnictwo wyższe. Co jest ważniejsze - i jednocześnie trudniejsze - to zmiana mentalności osób za tę dziedzinę odpowiedzialnych. ZOBOWIĄZANIE (DEKLARACJA HONOROWA)
Ja, .................................................................................................................................... (imię i nazwisko) syn/córka .........................................................................................................................
urodzony/urodzona ......................................................................................................... (data i miejsce urodzenia)
zamieszkały/zamieszkała..................................................................................................... (adres zamieszkania)
obywatel/obywatelka Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuję studia doktoranckie w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim we Florencji na Wydziale……………………………………………, w ramach limitu polskich doktorantów w Instytucie oraz w oparciu o grant rządu polskiego na utrzymanie w czasie studiów, świadom/świadoma moralnego i honorowego wymiaru zobowiązań, wynikających z możliwości odbycia studiów doktoranckich w Europejskim Instytucie Uniwersyteckim na wyżej wymienionych warunkach, zobowiązuję się, po ukończeniu studiów w Instytucie i uzyskaniu doktoratu, do podjęcia starań o zatrudnienie w polskich uczelniach i instytucjach naukowych, w polskiej administracji publicznej, lub w innym obszarze działań, gdzie moja wiedza i doświadczenie mogą zostać wykorzystane dla dobra publicznego, i wykonywanie pracy przez co najmniej pięć lat. Zobowiązanie niniejsze składam w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej.
……………………………………………….. (podpis osoby składającej zobowiązanie) .................................................................... (podpis osoby przyjmującej zobowiązanie)
Warszawa, ………………. 200…r.
|
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ciężkie życie za granicą
Fotograficznie
Inne blogi (co nie znaczy, że gorsze...)
Komiksy
Księga skarg i wniosków
Linki
Zagadaj
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||